Zaczął padać śnieg. Białe płatki wolniutko opadały na moje ciało. Było mi gorąco. Brnęłam dalej wąską uliczką. Nie wiedziałam gdzie idę. Prowadziła mnie intuicja. Biały puch coraz częściej dotykał mej twarzy. Każde uderzenie płatka, bolało. Każde rozpuszczenie się, piekło. Nie wiedziałam, czemu tu jestem. Nie potrafiłam siebie opisać. Doszłam do skrzyżowania dróg. Wyciągnęłam ręce z kieszeni i sięgnęłam do torby. Wzięłam z niej plan miasta. Ulice nie były podpisane, jednak wiedziałam gdzie iść. Skręciłam w lewo. Im dalej zagłębiałam się w ulicę, tym mocniej padał śnieg. Choć czułam, że idę długo, nie odczuwałam zmęczenia czy samotności. Wręcz przeciwnie czułam się rześko i szczęśliwie. Nagle na mojej drodze pojawił się pies. Owczarek zaczął na mnie warczeć, potem szczekać. Ominęłam go, nie denerwując bardziej. Poszłam dalej. W pewnej chwili spojrzałam w górę. Pomimo tego, że była mocna śnieżyca, świeciło piękne, zimowe słońce. Nie zatrzymywałam się. Coś mówiło mi, że mam iść dalej. Nagle zatrzymałam się. Przede mną było urwisko. Tu moja droga się kończyła. Już nie wiedziałam gdzie iść. Nic mi nie podpowiadało, co mam zrobić. Stałam i patrzyłam się w dół. Zapragnęłam skoczyć. Zobaczyć co jest dalej. Uniemożliwiała mi to mgła. Zdecydowałam się zawrócić. Nie zauważyłam już psa, śnieg powoli słabł. Doszłam do rozdroża. Wpakowałam mapę do torby, włożyłam ręce do kieszeni. Poszłam prosto. Tu droga była kręta i wyboista. Szłam, śnieg równo uderzał mnie w twarz. Nie było widać końca. Nagle zobaczyłam ostry zakręt w lewo. Co zrobić, skręciłam w lewo. W pewnym momencie doznałam DeJaVu. Stałam na rozdrożu dróg. Zdecydowałam, że skręcę w prawo. Tu droga była taka sama, wszystko wydawało się identyczne. Ten sam zakręt. Nawet po tym samym czasie ujrzałam skrzyżowanie. Takie samo, jak poprzednie. Nie skręciłam w lewo, ani w prawo. Coś mi mówiło, że zataczam błędne koło. Jedyną drogą było iść przed siebie. Tam uliczka była wąska. Szło się dobrze, czułam bezpieczeństwo. Śnieg nieregularnie padał. Wydawało się, że to ta uliczka, w której byłam na początku. Nasunęło mi się pytania, a kiedy był początek? Kiedy to się rozpoczęło? Kiedy to się skończy? Niestety nie umiałam na nie odpowiedzieć. Nie pozostało mi nic innego jak iść dalej. Szłam przed siebie. Nie dostrzegłam żadnych rozdroży, wybojów. Śnieg przestał padać. Twarz paliła mnie od uderzających płatków, było mi coraz goręcej. Rozpięłam kurtkę. Na mojej drodze nie stanął żaden pies, nie było żadnej przeszkody. Zaczęłam odczuwać zmęczenie i znudzenie. Nie przestawałam iść. Wąska uliczka zaczęła się rozszerzać. Szłam coraz wolniej. Miałam wrażenie, jakby świat wolniej się kręcił. Tak jak wcześniej odczuwałam szczęście, bezpieczeństwo i energię, tak teraz czułam się słaba, coś nie dawało mi spokoju. Nie wiedziałam, czemu tu jestem, ale się tym nie przejmowałam. Nagle zobaczyłam jakiś ludzi. Ucieszyłam się na ich widok, poznałam ich. Jednak gdy podeszłam, moi przyjaciele odwrócili się ode mnie i zaczęli mi robić przykrości. Już wiedziałam czemu tu jestem, wiedziałam czemu byłam szczęśliwa sama, czemu czułam się bezpieczna. Nie chciałam przeżywać tego koszmaru. Przyjaciele, którzy drwili, wyzywali, nie słuchali. Przyjaciele, którzy odwracali się plecami, byli złośliwi. Przyjaciele, którzy chcieli dobrze, ale robili źle. Przyjaciele, którzy nie zawsze byli szczerzy.. Wiedziałam co mam zrobić. Odwróciłam się do nich plecami i poszłam dalej przed siebie. Po paru metrach wróciłam się. Powitałam ich jakby nigdy nic. Jakby nic się nie wydarzyło. Wciąż byli moimi przyjaciółmi. Krzywdzili, ale ja na to uśmiechałam się do nich, wytrzymywałam ile się da. Nie do końca potrafiłam, często mi to nie wychodziło, ale ćwiczenie czyniło mistrza. Czułam szczęście, Nie byłam sama. Choć czasem chciałam wrócić do tego labiryntu, zostawałam. Wiedziałam, że nie mogę się poddać. Nigdy im tego nie powiedziałam, i nie powiem. Nie powiem im, że mnie ranią. Nie powiem im, jak bardzo jestem wrażliwa. Nie mogę. Boję się złej reakcji, wyśmiania, niezrozumienia. Jednak bardzo chciałabym żeby wiedzieli co czuję, żeby wiedzieli, że ja nie chcę tego. Chcę żeby było dobrze, bez humorów, złośliwości czy żalu. Stopniowo staję się silniejsza, nie ukazuję łez, coraz mniej pokazuję mój żal, mój zły humor. Staram się być wesoła. Ile mam tak wytrzymać? Ile tego znieść? Pomimo tego, że nie pokazuję tego zbyt mocno, to boli. Bardzo boli. Nie mogę. Nie mogę wytrzymać. Nie mogę się poddać. Nie mogę ich utracić. Nie mogę pozwolić na powtórkę.Nie mogę utracić znowu siebie. Nie mogę..
Czy to był sen? Może to był odpowiednik do życia? Może to był mój wymysł? Tak, to był sen. Nie, to nie jest mój wymysł. Nie wiem, czy to odpowiednik do życia. Nie chcę wiedzieć. Chcę dobrze. Może ktoś wreszcie zrozumie, że nie jestem zła i jestem wrażliwa? Może..
No, no... Nie spodziewałam się tego po tobie... To jest... niezwykle poprawne. Ile razy to czytałaś, zanim tu wrzuciłaś??
OdpowiedzUsuńzero Izo, zero.. pamiętaj, że piszesz z mojego maila, którego Ci udostępniłam.. to był nagły przypływ poprawnej weny.. Widzisz, rozwijam się. :)
OdpowiedzUsuń